Harry Potter - Golden Snitch

wtorek, 15 sierpnia 2017

Rozdział 8

Stałem przed dwoma portretami. Jeden z nich przedstawiał starca z długą brodą, w którym rozpoznałem Dumbledore'a- najpotężniejszego czarodzieja w dziejach magii, który był dyrektorem Hogwartu przed drugą bitwą. Na ostatnim obrazie, przy ścianie widniał wizerunek Severusa Snape'a. O nim za to wiedziałem niewiele, zawsze był to pewien temat tabu, kiedy ktoś w Norze lub w domu babci poruszał ten temat, wszyscy rzucali mu wymowne spojrzenia. Wiedziałem jednak, że obydwaj musieli mieć bardzo istotną rolę w życiu Harry'ego, ponieważ nazwał on ich imionami swojego pierworodnego syna. Portret, który przedstawiał Albusa, był w jasnych kolorach, a postać emanowała radością. Wbijał wzrok prosto we mnie, i delikatnie kiwał głową. Severus również patrzył na mnie ze swojego portretu, lecz jego twarz zdawała się wyrażać lekką odrazę do mnie. Ale dlaczego?
Bardzo chciałem się tego dowiedzieć, więc z zaciekawieniem zapytałem mężczyzn na portretach.
-To trochę bardziej skomplikowane niż ci się wydaje, Ted.-odpowiedział Albus.
-Ciężko wymazać z pamięci twojego plugawego ojca.-odparł stanowczo Severus.
Poczułem zimny dreszcz na plecach, a moje włosy stały się czarne jak smoła. Zapadła krępująca cisza, Dumbledore spuścił wzrok, a Snape wydawał się zezłoszczony. Te słowa były dla mnie nierealne. Tak mało wiedziałem o moich rodzicach i prawie każdy opisywał ich w superlatywach. Byli dla mnie jak superbohaterowie, jak fantastyczne, wspaniałe, mityczne postacie bez wad. Byłem taki naiwny. Nie ma ludzi bez wad. Nadal jednak nie rozumiałem. Z zamyślenia wyrwał mnie Albus.
-Wszystkie błędy da się naprawić, a twój ojciec jest tego doskonałym przykładem. Był wspaniałym człowiekiem i walczył w obronie świata czarodziei. Nie daj sobie wmówić, że było inaczej.
-Czy to nie jest dziwne, kiedy zmarły opowiada o zmarłym?- odszedłem od tematu i popatrzyłem w jedyne, małe okienko komnaty. Kiedy obróciłem głowę żadnego z nich już nie było.
Zacząłem powoli schodzić z wieży. Nie miałem pojęcia ile czasu tam spędziłem. Wszedłem do pustego, dużego holu. Wszędzie było cicho, trwały lekcje.Wielki zegar wskazywał pięć po wpół do dwunastej. Świetnie, spóźniłem się na transumutację. W dodatku z dyrektorką. Cudownie, pomyślałem. W tej chwili jedynym wyjściem było dla mnie natychmiastowe zmyślenie jakiejś choroby. Stojąc przed zegarem i myśląc nad swoim usprawiedliwieniem usłyszałem na korytarzu kroki i rozmowę dwóch osób. Szybko schowałem się za jedną z kolumn. Był to profesor Wignet i pani Walker, którą ostatnio widziałem zapłakaną. Nie wychylałem się z kryjówki, ale słyszałem w ich głosie poddenerwowanie.
-Margot, nikt nie może się dowiedzieć, słyszysz.- opiekun mojego domu próbował się opanować.- Pobędziesz tu jeszcze z miesiąc, może dwa, a potem odejdziesz jak gdyby nigdy nic. Rozumiesz?
Nauczycielka złamanym głosem odpowiedziała.
-A jeśli..jeśli ono będzie takie jak on, nie wyobrażam sobie tego. Nie poradzę sobie sama. Alexandrze, ja się boję, po prostu bardzo się boję. Dlaczego tak się stało...- pani Margot wybuchła płaczem. Wychyliłem głowę zza kolumny. Bałem się, że mnie zobaczą, ale stali spokojnie w przyjacielskim uścisku. Wyglądali jakby znali się od bardzo dawna.
Czułem się okropnie z wiedzą którą otrzymałem. Po krótkiej chwili oboje odeszli w dwie strony, jakby nic się nie stało. Zostało mi mało czasu, żeby dotrzeć do skrzydła szpitalnego. Dobrze, że wiedziałem gdzie się znajduje.







Dla tych co przeczytali taki oto memix na koniec <3

czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 7

Wciąż wspominałem pełne wrażeń wizyty u Weasley'ów. Bardzo często zdarzało się, że spędzałem tam większą część roku. Głównie jednak lubiłem lato, bo wtedy wieczorami, całe rodzeństwo Weasley'ów razem z Harry'm rozgrywali małe mecze quidditcha. Kilka razy siedziałem na miotle i nawet nieźle mi szło, ale zdecydowanie wolałem przyglądać się temu z daleka. Mistrzowskie podania, świetne odbicia, piękne strzały... podchodziłem do tego z dystansem, bo zawsze byłem bardzo ostrożny. Nie wiem czego bałem się bardziej, wyśmiania czy upadku z miotły. Gdy byłem jeszcze mały, ciocia Hermiona, która nigdy nie wsiadała na miotłę, siadła obok mnie i powiedziała, że do dziś żałuje, że gdy była w Hogwarcie nie zaczęła trenować quidditcha. Pomyślałem, że nie chciałbym przegapić tego tak jak ona, mimo że i tak ją uwielbiałem i uważałem, że myślimy podobnie. Moje rozważania na ten temat zakończyły się, kiedy doszedłem do stadionu. Mimo, że kiedyś z babcią byłem na wycieczce z  TKCC (Turystycznego Koła Czarownic i Czarodziei) i  widziałem taki, na którym odbywają się mistrzostwa świata, ten szkolny zrobił na mnie ogromne wrażenie. Słońce na zenicie , które dopiero przed chwilą wyłoniło się zza chmur, odbijało się w złotych obręczach nad boiskiem. Trybuny były drewniane, ale pomalowane na barwy domów. Przy wysokiej, czerwonej kolumnie, w której miejsca zajmowali zapewne Gryfoni, stał dość wysoki brunet. Przy nim zgromadziła się już garstka osób, które miały teraz ze mną lekcje. Puchoni i kilku, również pierwszorocznych, Ślizgonów.
-Witam was na pierwszej lekcji latania na miotle. Nazywam się Oliver Wood i mam nadzieje, że po lekcjach ze mną będziecie umieli robić z miotłą coś więcej niż tylko nią zamiatać.-po tych słowach obdarzył nas szerokim uśmiechem i zapytał- Czy ktokolwiek z was kiedyś latał?
Nieśmiało podniosłem rękę. Rozglądnąłem się i z ulgą uznałem, że nie jestem sam.
- Świetnie! Na starcie będzie wam trochę łatwiej. Przedstawię teraz zasady, których trzeba przestrzegać na moich lekcjach.
            Nauczyciel przedstawił kilka oczywistych i nudnych reguł dotyczących bezpieczeństwa. Potem stanęliśmy przy miotłach. Pan Wood oznajmił nam, jak przywołać do siebie miotłę.
Wokół rozbrzmiały głosy: Do mnie! Dooo mniee! Z każdą chwilą coraz bardziej podirytowane. Moje serce waliło jak oszalałe, a włosy natychmiast zrobiły się białe. Bałem się wypowiedzieć te dwa słowa. Wreszcie zebrałem się na odwagę.
-Do mnie!-powiedziałem cicho, lecz pewnie, ale miotła ledwo drgnęła.
-Do mnie!-powtórzyłem głośniej, a moja czupryna teraz jarzyła się kolorem pomidorów w sierpniowe południe. Popadałem w panikę, ale bardziej kierowała mną złość. Większość moich kolegów trzymała te przeklęte miotły już dawno w rękach.
Po kilku żałosnych próbach wreszcie się udało.  Nauczyciel kazał usiąść na miotłach i chodząc między nami poprawiał chwyty. Ku mojemu zaskoczeniu pochwalił mnie, ale to nie zmieniło nic, w kwestii mojego zaniżonego poczucia własnej wartości. Na tym zakończyła się lekcja, bez wzbicia się w powietrze.
                                                                           ***
Szedłem, między krzewiącymi się u podnóża zamkowego wzgórza, purpurowymi i fioletowymi wrzosami. Kierowało mną tyle emocji. Byłem wkurzony, smutny, rozczarowany a w dodatku tęskniłem za domem. Tak naprawdę nie miałem tu zbyt wielu przyjaciół, i poczułem nagle, że Hogwart to przeklęte miejsce. Zabrało mi rodziców, a teraz niszczy moje życie. Myślałem, że je pokocham i będzie moim drugim domem. Zorientowałem się, że biegnę w stronę zamku. Czułem jak nogi same mnie tam niosą. Teraz wbiegałem na nieznaną mi dotąd wieżę. Ta idiotyczna szkoła to jeden wielki labirynt. Nie liczyłem schodów, ale na samej górze miałem już niezła zadyszkę. W komnacie było jedno niewielkie okno. Z tego powodu było tam ciemno i mimo słońca dość zimno. Usłyszałem wyjący wiatr i przestraszyłem się. Nie ma co się dziwić tym odgłosom- jest wysoko. Wyjrzałem przez okno. Rozciągał się stamtąd widok na Zakazany Las. Kilka razy bardzo cicho usłyszałem moje imię. Myślałem, że to tylko moja wyobraźnia, ale w końcu obróciłem się. W tym podłużnym pokoju na ścianach wisiało chyba z tuzin obrazów. Rzuciłem szybko "Lumos", czyli zaklęcie światła, którego nauczyła mnie i Victoire ciocia Miona. Przystawiałem różdżkę do każdego obrazu po kolei, a podpisy pod nimi dumnie przedstawiały kolejno dyrektorów szkoły. Każdy z nich zabawnie zasłaniał oczy, przyzwyczajone do mroku. Zbliżałem się co raz bardziej do końca pokoju i kiedy stanąłem przed dwoma ostatnimi obrazami usłyszałem.
Witaj Edwardzie.

sobota, 28 stycznia 2017

Rozdział 6

Chciałem uciec, wymyślić jakąś banalną wymówkę, ale całkowicie mijało się to z celem. I tak nie mogłem nic zrobić, bo jakaś dziwna siła trzymała mnie w miejscu i jakby spowolniła czas. Poczułem dobrze znany zimny dreszcz, który powodował zmianę wyglądu. Dobrze go znałem, ale nie cierpiałem kiedy działał wbrew mojej woli. Czułem się trochę ogłuszony, ale nauczycielka szybko wytarła mokre od łez oczy i zapytała czego szukam.
- Ja przeee...epraszam. Chciałem zaaaapytać gdzie jest sowiarnia...-chciałem zachowywać się, jakbym niczego nie widział.
-Ach...taak...Sowiarnia znajduje się w Wieży Zachodniej. A ty jesteś...?- pani Walker, próbowała udawać, że nic się nie stało.
-Edward, Edward Lupin.- moje włosy zaczynały wariować. Czułem jak turkusowy zmienia się w ciemną zieleń, później biel, następnie czerwień i żółć. Na moich policzkach zawitały wielkie, czerwone rumieńce.
-Metamorfomag! No ładnie Teddy.- nauczycielka zaklęć wyraźnie się rozbawiła.-Ruszaj do sowiarni. Raz, raz!
Posłuchałem jej, ponieważ była to dla mnie bardzo niezręczna sytuacja. Bardzo zastanawiało mnie dlaczego płakała, ale uznałem, że jest naprawdę miłą osobą.
Miałem godzinę wolnego czasu, więc poszedłem wysłać listy. Choć padało, z Wieży rozciągał się piękny widok. Jezioro spowite mleczną mgła, Wierzba Bijąca, którą kiedyś stratował Harry i Ron starym Fordem Anglią. Uwielbiałem słuchać ich nieraz zabawnych przygód. Wtedy przypomniało mi się, że Hagrid zaprosił mnie na herbatę. Wydało mi się to dobrym pomysłem, bo znałem w Hogwarcie niewiele osób. Tylko...jak ja go znajdę...Postanowiłem poszukać Leona lub któregoś z reszty moich kolegów. Popędziłem jak burza do Wielkiej Sali. Flynn i Jacob grali w czarodziejskie szachy, a Nick i Leon siedzieli obok wyraźnie znudzeni.
-Hej, chłopaki!-krzyknąłem, zapominając o innych, odpoczywających uczniach.
-O siemka Teddy!- zawołał chyba wiecznie uśmiechnięty Nick.
-Byliście na tym obozie, no nie? -zapytałem już ciszej.
-No byliśmy, a co? -odpowiedział Nick.
-Wiecie może, gdzie mieszka Hagrid? -zapytałem szybko, bo z każdą minutą zostawało mi coraz mniej czasu.
-A...ten gajowy? Jego chatka jest przy Zakazanym Lesie... Ted! Nie zgub się! -ostrzegł mnie Leon.
-Postaram się!- odkrzyknąłem, ale nie byłem pewny czy w ogóle mnie usłyszał, bo już wybiegałem z zamku.
Raczej nie byłem dobry w żadnych dyscyplinach sportowych, ale bieganie szło mi nieźle. W chwilę później znajdowałem się pod drzwiami domu Hagrida. Zapukałem, a już po chwili w drzwiach zobaczyłem potężną postać półolbrzyma.
-Witaj Ted!- zagrzmiał Rubeus.- Wejdź.
   W chatce było jasno, choć znajdowało się tam tylko jedno okienko. Słychać było skrzące się iskry na palenisku. Na ścianie wisiało ogromne futro, a w pokoju poza łóżkiem i niewielką kuchenką stał masywny stół z krzesłami.
-Siadaj.-wskazał wysokie krzesło.-Napijesz się herbaty?- spytał miłym tonem.
-Jasne.-odpowiedziałem trochę speszony.
-Jesteś idealną mieszanką swoich rodziców.- powiedział nadal rozweselony.
-Miło to słyszeć...W moim towarzystwie rzadko ktoś o nich wspomina...Jacy oni byli? -poprzedniego dnia obiecałem sobie, że dowiem się o nich jak najwięcej.
-Remus był świetnym czarodziejem, w końcu nie każdy może być nauczycielem obrony przed czarną magią, co nie?- Hagrid zaśmiał się serdecznie- Pamiętam jak był trochę starszy od ciebie, kiedy przeżywał przemia...- urwał i podjął szybko inny temat.- Za to twoja mama... Szalenie wesoła kobieta, gdy chodziła do Hogwartu wiecznie się spóźniała, ciągle coś gubiła, potykała się, ale swoim urokiem niwelowała wszelkie wady. Wszędzie potrafiła znaleźć przyjaciół!
-W tym to nie jestem do niej podobny...- powiedziałem niemal szeptem, lecz Hagrid i tak to usłyszał.
-No co ty. Nie masz się czym przejmować, na pewno zaprzyjaźnisz się z wszystkimi!- ponownie roześmiał się serdecznie, a ja z nim, choć wiedziałem jak będzie naprawdę. Szybko dopiłem herbatę i pożegnałem się. Zostało mi mało czasu do lekcji Quidditcha.

sobota, 16 lipca 2016

Rozdział 5

Obudziłem się wcześnie rano. Bolała mnie głowa, a paskudna pogoda za oknem sprawiała, że nie miałem ochoty poznawać nowych ludzi. Postanowiłem, że pójdę do sowiarni i wyślę list do babci i do Victoire, nie wziąłem jednak pod uwagę, że szczerze nie mam pojęcia, gdzie się ona znajduje. Wszyscy moi współlokatorzy spali i nie sądziłem, żeby oni znali drogę. Żeby ich nie zbudzić, cicho wyszedłem z łóżka i zacząłem szukać pergaminu. Żona Rona, Hermiona, którą teoretycznie powinienem nazywać ciocią, zawsze powtarzała, że uwielbia zapach pergaminu. Kiedy wpadałem do Nory razem z Vic opiekowałem się małą Rose i Hugonem. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo lubiłem ich rodzinę i że będzie mi brakować tych częstych wizyt u nich. Napisałem dwa listy, tym niezbyt wyrobionym, krzywym pismem. Ten do Victoire był krótki i zwięzły, choć obiecałem, że opiszę jak wygląda Hogwart. Kiedy skończyłem pisać listy przebudził się Flynn. Tak jak myślałem, nie miał pojęcia gdzie może być dom sów i w dodatku zapytał mnie gdzie znajduje się łazienka.
Na szczęście nie zdążyła dopaść mnie nuda, bo w końcu trzeba było zejść na śniadanie. 
W Wielkiej Sali widać było po uczniach, że nie zdążyli jeszcze przerzucić się na wczesne wstawanie, po długiej, wakacyjnej przerwie. Większość miała zapuchnięte oczy i przeciągliwie ziewała przy każdej lepszej okazji. Ja mimo że byłem pobudzony pierwszym dniem nauki, poczułem się jak wybudzony z transu kiedy ktoś krzyknął do mnie:
-Ej ty, Panie Cherubinek, zgubiłeś się?-usłyszałem szyderczy głos i wtórujące mu śmiechy.
Stanąłem z otwartymi ustami naprzeciwko grupki Gryfonów. Trochę się przestraszyłem, więc odwróciłem się, nadal zdziwiony, że ktokolwiek mnie zauważył.
 "No tak Ted, ty idioto, czego oczekujesz, z tak wyróżniającą się czupryną masz nadzieję, że nikt cię nie zauważy...Naiwniak z ciebie"-skarciłem się w myślach, choć nie miałem zamiaru nic z tym robić.


                                                                          *     *     *

Pierwszą lekcją okazały się być Zaklęcia. Na szczęście zdążyłem przybiec na czas, chociaż Hogwart wydawał mi się być nieskończonym labiryntem. Ponieważ moi współlokatorzy znaleźli już sobie miejsca, gorączkowo szukałem jakiegoś wolnego. Na szczęście lekcja odbywała się z naszymi rówieśnikami z Ravenclaw, a w pierwszej ławce samotnie siedziała Ophelia.
-Hej Felie, mógłbym z tobą usiąść?- zapytałem cicho.
Przeniosła wzrok swoich ciemnozielonych oczu na mnie i zamarła.
-Ach, to ty Ted. Przestraszyłeś mnie. Jasne, na razie siedzę sa...-nie zdążyła dokończyć, bo do sali weszła nauczycielka. 
Usiadłem i zacząłem się jej przyglądać. Była raczej niska i młoda. Uśmiechała się, choć w jej oczach widać było jakiś głęboki smutek. Umiałem czytać emocje z oczu. Nauczyłem się tego, kiedy moją babcię odwiedzali różni goście. Zwykle największą zagadką był dla mnie Dracon. Czym byłem starszy, tym on rzadziej przychodził, ale wraz z tym robił się coraz bardziej zagadkowy. Kiedy o tym myślałem, pani Margot Walker zdążyła się przedstawić, powiedzieć co będziemy robić na jej lekcjach i że jest opiekunką Slytherinu . W chwilę później zakończyła się lekcja, a ja musiałem się pożegnać z Ophelią, bo teraz mieliśmy inne zajęcia. Trochę przypominała mi Victoire, bo także miała długie blond włosy. Właśnie wtedy przypomniało mi się, że chciałem wysłać listy, a nie wiem gdzie jest sowiarnia. Postanowiłem więc, że wrócę do klasy i zapytam nauczycielki, ale gdy tylko otworzyłem drzwi i spojrzałem na wysokie biurko, za którym siedziała, zobaczyłem zapłakaną twarz. Niestety mnie zauważyła.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Rozdział 4

-Witam wszystkich. Proszę o baczność!- zaczął surowo. Ton jego głosu przeszył każdego na wskroś, więc szybko wykonaliśmy polecenie. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy w chwilę później usłyszeliśmy ciepły śmiech tego mężczyzny.
-Żartowałem. Witam wszystkich, nazywam się Alexander Wignet. Uczę eliksirów i jestem opiekunem waszego domu. Hufflepuff to dom dla ludzi pracowitych, przyjaznych, ale z dobrym poczuciem humoru. Po lewej stronie są schody do dormitoriów chłopców, a po prawej dla dziewcząt. Wasze bagaże już tam są. Możecie znaleźć tam także plany lekcji, na cały tydzień. Do pokoju wspólnego musicie wracać do godziny 10 wieczorem. Z resztą, nie radził bym Wam zostać na korytarzach Hogwartu w nocy. Łazienki dla uczniów znajdują się pod schodami. Jest już późno, więc możecie udać się do swoich pokoi.
Na drzwiach dormitoriów znajdowały się nazwiska osób, które w nich mają mieszkać. Zobaczyłem złoty napis "E.Lupin". Dziwnym trafem litery nazwiska były bardziej zniszczone i porysowane niż litera "E". Ale byłem zbyt zmęczony, żeby się nad tym zastanawiać. Wszedłem do pokoju i prawie nie zauważyłem, że za mną idzie mój nowy kolega- Leon.
-Hej Ted! Zanim zaczniesz liczyć owieczki, zapoznam Cię z moimi przyjaciółmi! Wiesz, będziesz musiał użerać się z nami przez przynajmniej rok...
-Ach tak, wybaczcie...- odpowiedziałem zmieszany-... Ja jestem Edward...znaczy Ted...Ted Lupin.
       Pierwszy podszedł do mnie dość niski chłopak, o wielkich zielonych oczach i rozczochranych jasnych włosach.
-Ja jestem Jacob Ruster...Moi rodzice są mugolami, więc nie wiele wiem o życiu czarodziejów...i wcale się nie zdziwię, kiedy mnie nie polubisz...-powiedział lekko zawstydzony.
         Po śmierci Czarnego Pana w świecie czarodziejów znacznie zmalało prześladowanie mugolaków, ale niektórzy (szczególnie ci, których rodziny nadal pozostawały czystej krwi) nadal zabawiali się w wyzywanie.
        Trochę uraziła mnie ta uwaga, ale od razu z lekkim zdziwieniem odpowiedziałem.
-Eeeee....Nie, nie...to nie dla mnie. Według mnie każdy czarodziej ma równe prawa. Nieważne czy jest czystej krwi czy niekoniecznie...
         Chłopak zdobył się na nieśmiały uśmiech i wokół zapanowała niezręczna cisza, którą na całę szczęście, przerwał Leon.
-A to jest Nick Bradley.-podszedł do mnie grubszy chłopak, o jasno-brązowych oczach i ciemnych kręconych włosach. Wydał mi się bardzo przyjazny, bo na jego twarzy widniał piękny uśmiech, złożony z śnieżnobiałych zębów.-uścisnął moją dłoń, która w przeciwności do mojej wykazywała duże pokłady siły.
-A to Flynn...Flynn Collins. Znamy się od baaardzo dawna, nasze mamy to siostry. A ściślej bliźniaczki...
-Hej Ted!- przywitał mnie głos Flynn'a. Był podobny do Leona. Mieli te same szare głębokie oczy, ale Leon miał piegi.
-Witam Flynn!- uśmiechnąłem się do wszystkich i zapytałem, skąd tak właściwie wszyscy się znają.
-We wakacje, w Hogwarcie odbywał się letni obóz zapoznawczy. Nie wiedziałeś?- zdziwił się Jacob.
-Nie, nie słyszałem o tym.-odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
           Dlaczego babcia nic mi nie powiedziała? Od początku miałem wrażenie, że chce mnie zniechęcić do tej szkoły. Wiele razy mówiła, że jest wiele lepszych niż Hogwart i że wolałaby żebym uczył się w słynnej i legendarnej uczelni jak Trahtings czy Durmstrang. Byłem wdzięczny Potter'om, że mocno popierali mój wybór. Wiele słyszałem o przygodach w Hogwarcie i bardzo chciałem choć trochę utożsamiać się z moimi rodzicami. Skończyliśmy rozmowę, a mnie ogarnęła wielka tęsknota za domem. Poczułem też, że strasznie chciałbym, żeby wychowali mnie rodzice. Nagle poczułem nienawiść do Voldemorta. W tej chwili jakby dotarło do mnie, że to jego wina. Że to on na starcie utrudnił mi dorastanie. Sprawił, że ONI nigdy nie wyślą mi listu z gratulacjami po zdanych egzaminach. Dotknęła mnie przerażająca bezradność. Voldemorta już nie było, ja nie mogłem się zemścić. Wdzięczność dla Harry'ego sprawiła, że zyskał jeszcze więcej szacunku i uznania w moich oczach. Miałem mętlik w głowie i sercu. Targały mną skrajne emocje i zastanawiałem się czy w Hogwarcie już zawsze tak będzie. Zmęczony długotrwałymi przemyśleniami, zasnąłem.
         

sobota, 26 grudnia 2015

Rozdział 3

Gdy wyszliśmy z pociągu, było już ciemno. Usłyszałem bardzo donośny, niski głos.
-Pirwszoroczniacy! Cholibka, ale mgła! Tutaj! Za mną!
Zobaczyłem wtedy ogromnego pół-człowieka. Ruszyłem z moim wózkiem, na którym stała klatka z moją sową.
Wzbudził we mnie strach, ale w jego oczach błyszczało dobro. Nagle skierował wzrok na mnie i krzyknął:
-Ach Teddy! Nareszcie! Mury Hogwartu doczekały się i ciebie! Jak się masz?
Wybąknąłem tylko ciche "eeee", ale nie był to dla niego problem.
-O, wybacz mi...Rubeus Hagrid. Możesz mnie nie pamiętać.
No i miał rację, ale skądś kojarzyłem jego nazwisko.
- Hagrid?!- niemal krzyknąłem.-Masz pozdrowienia od Harry'ego. Harry'ego Pottera!
-Pamiętam jak dziś, jak to on wysiadał z tego pociągu. A tyle się wydarzyło od tego czasu, aż ciężko uwierzyć. Wpadnij kiedyś do mnie! A teraz na Nas czas!. Pirwszoroczniacy za mną! Do łódek!
I popłynęliśmy, łodzie zabrały nas przez wielkie jezioro, które teraz spowite było mleczną mgłą. Hagrid zabrał mnie do swojej łódki, a ja z zaciekawieniem obserwowałem, i zastanawiałem co pływa w tej wodzie. Było dość spore, jak na rybę. Ale właśnie gdy miałem o to zapytać dobiliśmy do brzegu. Prefekci naczelni zaprowadzili nas do Wielkiej Sali, w której miała odbyć się uczta, ale najpierw Tiara Przydziału, miała przydzielić nas do domów. Odśpiewała swoją pieśń i rozpoczęło się przydzielanie do domów. Nastała cisza, a uczniowie siedzący przy 4 długich stołach wydawali się być bardzo skupieni. Serce waliło mi jak oszalałe. Kobieta, domyśliłem się, że nauczycielka, wyczytywała kolejne nazwiska pierwszoroczniaków, doszła do litery I. potem J i K, aż wreszcie powiedziała:
-Lupin Edward.
Wszedłem na podest i usiadłem na małym stołeczku. Widziałem wzroki kierowane szczególnie na moje włosy, które nagle zmieniły się na czerwone."To ze stresu" zawstydziłem się trochę, ale wtedy na mojej głowie pojawiła się Tiara.
"Hmm...zabawne... Krew Black'ów, czyż nie?Slytherin...Ach...to nie dla ciebie...Ojciec, wspaniały Gryfon?...A Nimfadora? Cudowna Puchonka... O tak.."
-Hufflepuff!
Usłyszałem wiwaty przy stole ubranym w żółć. Pokierowany przez te odgłosy udałem się do ich stołu i usiadłem.
Ophelia znalazła się w Ravenclaw, i znów zostałem sam. Odpowiedziałem na mnóstwo pytań dotyczących mojego wyglądu przy stole, aż wreszcie usłyszałem inne pytanie:
-Czy ty jesteś synem TEGO Remusa Lupina?
- Nie wiem co masz na myśli mówiąc "tego".-odpowiedziałem.
-On zginął, bo bronił Hogwart...i kiedyś był tu nauczycielem, tak?-odpowiedział nieznajomy.
Zarumieniłem się, przytaknąłem i postanowiłem zmienić temat.
-Jak się nazywasz?
Chłopak uśmiechnął się i odpowiedział:
-Jestem Leon Tenye.
-Miło poznać.-przyznałem, zgodnie z prawdą z resztą, gdyż nikogo tam nie znałem.
Po uczcie, która prawie mogła równać się z kolacjami Molly Weasley, prefekt z Hufflepuffu zaprowadził nas do pokoju wspólnego. Zejście było bardzo trudne, i od razu na myśl przyszło mi, że sam na pewno się tam zgubię. Zobaczyłem wielki gobelin z wyszytą martwą naturą. Jeden owoc był wielkości człowieka, a złota nitka połyskiwała w świetle pochodni. W korytarzu było ciemno, a za wyszywanym obrazem znajdowała się dość ciemna wnęka w której stały beczki. Drzwi były wielkie i okrągłe. Wszystko wyglądało mrocznie, a oświetlone było światłem jedynie kilku pochodzi. Prefekt powiedział, że drzwi znajdujące się na przeciwko znajduje się kuchnia, do której uczniowie raczej nie wchodzą. By wejść do pokoju wspólnego trzeba było wystukać specjalny rytm na jednej z baryłek.
W środku dormitorium było bardzo przytulnie. Od razu nasunęła mi się myśl "tu jest jak w Norze". Wnętrze było jasne, i wypełnione wieloma roślinami. Na środku stał Mały Mnich, który był duchem, a obok, któryś z nauczycieli. Domyśliłem się, że był to opiekun naszego domu.


piątek, 25 grudnia 2015

Rozdział 2

I wtedy nadszedł ten dzień.
Rano babcia obudziła mnie bardzo wcześnie. Powiedziała, że to ważny dzień i muszę się przygotować. Widziałem, że ma cichą nadzieję, że Tiara przydzieli mnie do domu węża, mimo to, że wyszła za mugolaka, miała w sobie krew Black'ów. Ja nie miałem żadnych podejrzeń, bo moja mama należała do Hufflepuff, tata do Gryffindoru. Sam uważałem, ze do jakiegokolwiek domu trafię, będzie dobrze. Pan Olivander u którego kupiłem moją różdżkę (heban, 13 cali, róg jednorożca) mówił, że moi rodzice również kupowali u niego różdżki, i że jestem całkiem podobny do Remusa, gdy on miał jedenaście lat.
Kiedy się obudziłem, na parapecie stała mała sówka. Nigdy wcześniej jej nie widziałem. Zdjąłem z jej nóżki mały liścik. Było w nim napisane, bardzo koślawymi literkami: "Powodzenia w Hogwarcie", a w prawym dolnym rogu widniała duża literka V. Zrobiło mi się bardzo miło, chociaż wiedziałem, że Victoire, bardzo zazdrości mi, że już zacznę naukę magii. Ona do Hogwartu miała wybrać się dopiero za dwa lata. W tej chwili uświadomiłem sobie, że nikogo nie będę tam znał. Kiedyś babcia zaprowadziła mnie na zajęcia Koła Małego Czarodzieja, ale tak przestraszyłem się, że moje włosy nagle zmieniły kolor na pudrowy róż i wszyscy się ze mnie śmiali. Byłem zawsze dobrze nastawiony na innych ludzi, ale oni często mnie nie akceptowali. Babcia mówiła mi, że ona też często nie była akceptowana. Została wydziedziczona z rodziny i było jej naprawdę ciężko.
Przed wyjazdem kłóciła się ze mną, że natychmiast mam zmienić mój turkus na włosach, gdyż idę do bardzo ważnej instytucji, jaką jest szkoła i to nie przystoi jak na 11- sto latka. Chodź miałem inne zdanie na ten temat, dla świętego spokoju, na głowę zarzuciłem jasnobrązową czuprynę.
Dostaliśmy się na dworzec King Cross, a tam zobaczyłem Harry'ego. Od razu pobiegłem do niego, bo bardzo go kochałem i cieszyłem się, że jest ze mną w takiej ważnej chwili. Powiedział mi, żebym pozdrowił od niego Hagrida i chociaż nie wiedziałem o kim mowa obiecałem wypełnić polecenie.
Szybko wsiadłem do  Expresu i pospiesznie machałem do babci i Harry'ego. Widziałem, że jeszcze o czymś dyskutują i wtedy zniknęli za rogiem. Zmieniłem kolor moich włosów z powrotem w turkus i zanurzyłem się w lekturze Baśni Barda Beedle'a. Uwielbiałem te bajki i choć znałem je wszystkie na pamięć, czytałem je zawsze z tym samym przejęciem.
Po śmierci poprzedniego dyrektora szkoły- Albus'a Dumbledore'a do Hogwartu przyjeżdżało dużo mniej uczniów. Szkoła mimo tylu lat nadal kojarzyła się z Voldemortem i rodzice dla młodych czarodziei wybierali inne szkoły. Dlatego w przedziale siedziałem sam. Za oknem świeciło słońce i wiał delikatny, ciepły wiatr. Staruszka z wózkiem ze słodyczami zapukała do drzwi przedziału, a ja z chęcią zakupiłem od niej kilka sztuk kociołkowych piegusków, które jadłem już w Miodowym Królestwie. Kilka razy byłem tam, ale i tak moim ulubionym magicznym sklepem są Magiczne Dowcipy Weasley'ów. Kiedyś wujek Ron zabrał mnie tam na cały dzień, żebym pomagał mu w pracy. George sam nie dałby rady w tak dużym sklepie.
Oddawałbym się tym przemyśleniom dalej, gdyby ktoś nie wkroczył do mojego przedziału.
- Zabawne masz włosy- powiedziała dziewczyna.- Jestem Ophelia Arcadie. A ty?
-Cześć, jestem Ted Lupin.- przedstawiłem się i podałem jej rękę.
-Jakim cudem masz niebieskie włosy!?- wyraźnie nie dawało jej to spokoju.
- Jestem metamorfomagiem.-zmieniłem je szybko na ostrą czerwień, co wywołało o Ophelii lekkie zdziwienie.
-Czy to jest choroba?-zapytała.
-Nie!- zaśmiałem się cicho.- Na który rok jedziesz?
-Na pierwszy... Nie wiem nic o tej szkole, bo nikt z mojej rodziny do niej nie chodził...Czytałam tylko Dzieje Hogwartu...- przyznała się Ophelia.
-Nie martw się, ja znam Hogwart tylko z opowiadań, Harry mi opowiadał. Wiem tylko, że nie ma się czego bać.
-Przepraszam, ale kto to Harry?
-O wybacz, Harry, mój chrzestny, Harry Potter.
-Ktooo?!-krzyknęła dziewczyna.-Ale masz szczęście.
Wtedy naszą rozmowę przerwał głos Prefekta Naczelnego.
-Hej wy, pierwszoroczniacy! Przebierać się w szaty, szybko. Hogwart już blisko!
Ophelia rzuciła tylko szybkie "Do zobaczenia" i zniknęła za drzwiami przedziału. Poczułem się podniesiony na duchu, choć wiedziałem, że to nie koniec atrakcji na dziś.