Gdy wyszliśmy z pociągu, było już ciemno. Usłyszałem bardzo donośny, niski głos.
-Pirwszoroczniacy! Cholibka, ale mgła! Tutaj! Za mną!
Zobaczyłem wtedy ogromnego pół-człowieka. Ruszyłem z moim wózkiem, na którym stała klatka z moją sową.
Wzbudził we mnie strach, ale w jego oczach błyszczało dobro. Nagle skierował wzrok na mnie i krzyknął:
-Ach Teddy! Nareszcie! Mury Hogwartu doczekały się i ciebie! Jak się masz?
Wybąknąłem tylko ciche "eeee", ale nie był to dla niego problem.
-O, wybacz mi...Rubeus Hagrid. Możesz mnie nie pamiętać.
No i miał rację, ale skądś kojarzyłem jego nazwisko.
- Hagrid?!- niemal krzyknąłem.-Masz pozdrowienia od Harry'ego. Harry'ego Pottera!
-Pamiętam jak dziś, jak to on wysiadał z tego pociągu. A tyle się wydarzyło od tego czasu, aż ciężko uwierzyć. Wpadnij kiedyś do mnie! A teraz na Nas czas!. Pirwszoroczniacy za mną! Do łódek!
I popłynęliśmy, łodzie zabrały nas przez wielkie jezioro, które teraz spowite było mleczną mgłą. Hagrid zabrał mnie do swojej łódki, a ja z zaciekawieniem obserwowałem, i zastanawiałem co pływa w tej wodzie. Było dość spore, jak na rybę. Ale właśnie gdy miałem o to zapytać dobiliśmy do brzegu. Prefekci naczelni zaprowadzili nas do Wielkiej Sali, w której miała odbyć się uczta, ale najpierw Tiara Przydziału, miała przydzielić nas do domów. Odśpiewała swoją pieśń i rozpoczęło się przydzielanie do domów. Nastała cisza, a uczniowie siedzący przy 4 długich stołach wydawali się być bardzo skupieni. Serce waliło mi jak oszalałe. Kobieta, domyśliłem się, że nauczycielka, wyczytywała kolejne nazwiska pierwszoroczniaków, doszła do litery I. potem J i K, aż wreszcie powiedziała:
-Lupin Edward.
Wszedłem na podest i usiadłem na małym stołeczku. Widziałem wzroki kierowane szczególnie na moje włosy, które nagle zmieniły się na czerwone."To ze stresu" zawstydziłem się trochę, ale wtedy na mojej głowie pojawiła się Tiara.
"Hmm...zabawne... Krew Black'ów, czyż nie?Slytherin...Ach...to nie dla ciebie...Ojciec, wspaniały Gryfon?...A Nimfadora? Cudowna Puchonka... O tak.."
-Hufflepuff!
Usłyszałem wiwaty przy stole ubranym w żółć. Pokierowany przez te odgłosy udałem się do ich stołu i usiadłem.
Ophelia znalazła się w Ravenclaw, i znów zostałem sam. Odpowiedziałem na mnóstwo pytań dotyczących mojego wyglądu przy stole, aż wreszcie usłyszałem inne pytanie:
-Czy ty jesteś synem TEGO Remusa Lupina?
- Nie wiem co masz na myśli mówiąc "tego".-odpowiedziałem.
-On zginął, bo bronił Hogwart...i kiedyś był tu nauczycielem, tak?-odpowiedział nieznajomy.
Zarumieniłem się, przytaknąłem i postanowiłem zmienić temat.
-Jak się nazywasz?
Chłopak uśmiechnął się i odpowiedział:
-Jestem Leon Tenye.
-Miło poznać.-przyznałem, zgodnie z prawdą z resztą, gdyż nikogo tam nie znałem.
Po uczcie, która prawie mogła równać się z kolacjami Molly Weasley, prefekt z Hufflepuffu zaprowadził nas do pokoju wspólnego. Zejście było bardzo trudne, i od razu na myśl przyszło mi, że sam na pewno się tam zgubię. Zobaczyłem wielki gobelin z wyszytą martwą naturą. Jeden owoc był wielkości człowieka, a złota nitka połyskiwała w świetle pochodni. W korytarzu było ciemno, a za wyszywanym obrazem znajdowała się dość ciemna wnęka w której stały beczki. Drzwi były wielkie i okrągłe. Wszystko wyglądało mrocznie, a oświetlone było światłem jedynie kilku pochodzi. Prefekt powiedział, że drzwi znajdujące się na przeciwko znajduje się kuchnia, do której uczniowie raczej nie wchodzą. By wejść do pokoju wspólnego trzeba było wystukać specjalny rytm na jednej z baryłek.
W środku dormitorium było bardzo przytulnie. Od razu nasunęła mi się myśl "tu jest jak w Norze". Wnętrze było jasne, i wypełnione wieloma roślinami. Na środku stał Mały Mnich, który był duchem, a obok, któryś z nauczycieli. Domyśliłem się, że był to opiekun naszego domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz