Harry Potter - Golden Snitch

wtorek, 15 sierpnia 2017

Rozdział 8

Stałem przed dwoma portretami. Jeden z nich przedstawiał starca z długą brodą, w którym rozpoznałem Dumbledore'a- najpotężniejszego czarodzieja w dziejach magii, który był dyrektorem Hogwartu przed drugą bitwą. Na ostatnim obrazie, przy ścianie widniał wizerunek Severusa Snape'a. O nim za to wiedziałem niewiele, zawsze był to pewien temat tabu, kiedy ktoś w Norze lub w domu babci poruszał ten temat, wszyscy rzucali mu wymowne spojrzenia. Wiedziałem jednak, że obydwaj musieli mieć bardzo istotną rolę w życiu Harry'ego, ponieważ nazwał on ich imionami swojego pierworodnego syna. Portret, który przedstawiał Albusa, był w jasnych kolorach, a postać emanowała radością. Wbijał wzrok prosto we mnie, i delikatnie kiwał głową. Severus również patrzył na mnie ze swojego portretu, lecz jego twarz zdawała się wyrażać lekką odrazę do mnie. Ale dlaczego?
Bardzo chciałem się tego dowiedzieć, więc z zaciekawieniem zapytałem mężczyzn na portretach.
-To trochę bardziej skomplikowane niż ci się wydaje, Ted.-odpowiedział Albus.
-Ciężko wymazać z pamięci twojego plugawego ojca.-odparł stanowczo Severus.
Poczułem zimny dreszcz na plecach, a moje włosy stały się czarne jak smoła. Zapadła krępująca cisza, Dumbledore spuścił wzrok, a Snape wydawał się zezłoszczony. Te słowa były dla mnie nierealne. Tak mało wiedziałem o moich rodzicach i prawie każdy opisywał ich w superlatywach. Byli dla mnie jak superbohaterowie, jak fantastyczne, wspaniałe, mityczne postacie bez wad. Byłem taki naiwny. Nie ma ludzi bez wad. Nadal jednak nie rozumiałem. Z zamyślenia wyrwał mnie Albus.
-Wszystkie błędy da się naprawić, a twój ojciec jest tego doskonałym przykładem. Był wspaniałym człowiekiem i walczył w obronie świata czarodziei. Nie daj sobie wmówić, że było inaczej.
-Czy to nie jest dziwne, kiedy zmarły opowiada o zmarłym?- odszedłem od tematu i popatrzyłem w jedyne, małe okienko komnaty. Kiedy obróciłem głowę żadnego z nich już nie było.
Zacząłem powoli schodzić z wieży. Nie miałem pojęcia ile czasu tam spędziłem. Wszedłem do pustego, dużego holu. Wszędzie było cicho, trwały lekcje.Wielki zegar wskazywał pięć po wpół do dwunastej. Świetnie, spóźniłem się na transumutację. W dodatku z dyrektorką. Cudownie, pomyślałem. W tej chwili jedynym wyjściem było dla mnie natychmiastowe zmyślenie jakiejś choroby. Stojąc przed zegarem i myśląc nad swoim usprawiedliwieniem usłyszałem na korytarzu kroki i rozmowę dwóch osób. Szybko schowałem się za jedną z kolumn. Był to profesor Wignet i pani Walker, którą ostatnio widziałem zapłakaną. Nie wychylałem się z kryjówki, ale słyszałem w ich głosie poddenerwowanie.
-Margot, nikt nie może się dowiedzieć, słyszysz.- opiekun mojego domu próbował się opanować.- Pobędziesz tu jeszcze z miesiąc, może dwa, a potem odejdziesz jak gdyby nigdy nic. Rozumiesz?
Nauczycielka złamanym głosem odpowiedziała.
-A jeśli..jeśli ono będzie takie jak on, nie wyobrażam sobie tego. Nie poradzę sobie sama. Alexandrze, ja się boję, po prostu bardzo się boję. Dlaczego tak się stało...- pani Margot wybuchła płaczem. Wychyliłem głowę zza kolumny. Bałem się, że mnie zobaczą, ale stali spokojnie w przyjacielskim uścisku. Wyglądali jakby znali się od bardzo dawna.
Czułem się okropnie z wiedzą którą otrzymałem. Po krótkiej chwili oboje odeszli w dwie strony, jakby nic się nie stało. Zostało mi mało czasu, żeby dotrzeć do skrzydła szpitalnego. Dobrze, że wiedziałem gdzie się znajduje.







Dla tych co przeczytali taki oto memix na koniec <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz