Harry Potter - Golden Snitch

czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 7

Wciąż wspominałem pełne wrażeń wizyty u Weasley'ów. Bardzo często zdarzało się, że spędzałem tam większą część roku. Głównie jednak lubiłem lato, bo wtedy wieczorami, całe rodzeństwo Weasley'ów razem z Harry'm rozgrywali małe mecze quidditcha. Kilka razy siedziałem na miotle i nawet nieźle mi szło, ale zdecydowanie wolałem przyglądać się temu z daleka. Mistrzowskie podania, świetne odbicia, piękne strzały... podchodziłem do tego z dystansem, bo zawsze byłem bardzo ostrożny. Nie wiem czego bałem się bardziej, wyśmiania czy upadku z miotły. Gdy byłem jeszcze mały, ciocia Hermiona, która nigdy nie wsiadała na miotłę, siadła obok mnie i powiedziała, że do dziś żałuje, że gdy była w Hogwarcie nie zaczęła trenować quidditcha. Pomyślałem, że nie chciałbym przegapić tego tak jak ona, mimo że i tak ją uwielbiałem i uważałem, że myślimy podobnie. Moje rozważania na ten temat zakończyły się, kiedy doszedłem do stadionu. Mimo, że kiedyś z babcią byłem na wycieczce z  TKCC (Turystycznego Koła Czarownic i Czarodziei) i  widziałem taki, na którym odbywają się mistrzostwa świata, ten szkolny zrobił na mnie ogromne wrażenie. Słońce na zenicie , które dopiero przed chwilą wyłoniło się zza chmur, odbijało się w złotych obręczach nad boiskiem. Trybuny były drewniane, ale pomalowane na barwy domów. Przy wysokiej, czerwonej kolumnie, w której miejsca zajmowali zapewne Gryfoni, stał dość wysoki brunet. Przy nim zgromadziła się już garstka osób, które miały teraz ze mną lekcje. Puchoni i kilku, również pierwszorocznych, Ślizgonów.
-Witam was na pierwszej lekcji latania na miotle. Nazywam się Oliver Wood i mam nadzieje, że po lekcjach ze mną będziecie umieli robić z miotłą coś więcej niż tylko nią zamiatać.-po tych słowach obdarzył nas szerokim uśmiechem i zapytał- Czy ktokolwiek z was kiedyś latał?
Nieśmiało podniosłem rękę. Rozglądnąłem się i z ulgą uznałem, że nie jestem sam.
- Świetnie! Na starcie będzie wam trochę łatwiej. Przedstawię teraz zasady, których trzeba przestrzegać na moich lekcjach.
            Nauczyciel przedstawił kilka oczywistych i nudnych reguł dotyczących bezpieczeństwa. Potem stanęliśmy przy miotłach. Pan Wood oznajmił nam, jak przywołać do siebie miotłę.
Wokół rozbrzmiały głosy: Do mnie! Dooo mniee! Z każdą chwilą coraz bardziej podirytowane. Moje serce waliło jak oszalałe, a włosy natychmiast zrobiły się białe. Bałem się wypowiedzieć te dwa słowa. Wreszcie zebrałem się na odwagę.
-Do mnie!-powiedziałem cicho, lecz pewnie, ale miotła ledwo drgnęła.
-Do mnie!-powtórzyłem głośniej, a moja czupryna teraz jarzyła się kolorem pomidorów w sierpniowe południe. Popadałem w panikę, ale bardziej kierowała mną złość. Większość moich kolegów trzymała te przeklęte miotły już dawno w rękach.
Po kilku żałosnych próbach wreszcie się udało.  Nauczyciel kazał usiąść na miotłach i chodząc między nami poprawiał chwyty. Ku mojemu zaskoczeniu pochwalił mnie, ale to nie zmieniło nic, w kwestii mojego zaniżonego poczucia własnej wartości. Na tym zakończyła się lekcja, bez wzbicia się w powietrze.
                                                                           ***
Szedłem, między krzewiącymi się u podnóża zamkowego wzgórza, purpurowymi i fioletowymi wrzosami. Kierowało mną tyle emocji. Byłem wkurzony, smutny, rozczarowany a w dodatku tęskniłem za domem. Tak naprawdę nie miałem tu zbyt wielu przyjaciół, i poczułem nagle, że Hogwart to przeklęte miejsce. Zabrało mi rodziców, a teraz niszczy moje życie. Myślałem, że je pokocham i będzie moim drugim domem. Zorientowałem się, że biegnę w stronę zamku. Czułem jak nogi same mnie tam niosą. Teraz wbiegałem na nieznaną mi dotąd wieżę. Ta idiotyczna szkoła to jeden wielki labirynt. Nie liczyłem schodów, ale na samej górze miałem już niezła zadyszkę. W komnacie było jedno niewielkie okno. Z tego powodu było tam ciemno i mimo słońca dość zimno. Usłyszałem wyjący wiatr i przestraszyłem się. Nie ma co się dziwić tym odgłosom- jest wysoko. Wyjrzałem przez okno. Rozciągał się stamtąd widok na Zakazany Las. Kilka razy bardzo cicho usłyszałem moje imię. Myślałem, że to tylko moja wyobraźnia, ale w końcu obróciłem się. W tym podłużnym pokoju na ścianach wisiało chyba z tuzin obrazów. Rzuciłem szybko "Lumos", czyli zaklęcie światła, którego nauczyła mnie i Victoire ciocia Miona. Przystawiałem różdżkę do każdego obrazu po kolei, a podpisy pod nimi dumnie przedstawiały kolejno dyrektorów szkoły. Każdy z nich zabawnie zasłaniał oczy, przyzwyczajone do mroku. Zbliżałem się co raz bardziej do końca pokoju i kiedy stanąłem przed dwoma ostatnimi obrazami usłyszałem.
Witaj Edwardzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz